Mikołaj szykował – 16

Mikołaj szykował świąteczne prezenty. Pomagały mu nowe dopalacze niewiadomego pochodzenia i gdyby nie błyskawiczna reakcja Pani Mikołajowej, już byłoby po nim. Teraz leżał w łóżku i sączył napar ziołowy, zerkając co chwilę na zegar. Jednak Mikołajowa była nieugięta – tradycja tradycją, ale zdrowie ważniejsze. A kiedy Mikołaj dojdzie do siebie, już ona mu zmyje głowę: taki stary, a wiecznie zabiera się za pracę w ostatniej chwili!

Autor: Justyna Czekała

Mikołaj szykował – 13

Mikołaj szykował świąteczne prezenty. Pomagały mu całe zastępy dobrych duchów, dopóki nie okazało się, że kurier przyjechał trochę wcześniej po odbiór przygotowanych paczek i na widok lewitujących przezroczystych pomocników dostał zawału. Kuriera Mikołaj musiał odwieźć do doliny na pogotowie, a duchy ukryć na strychu, żeby uniknąć kolejnych strat w ludziach.

Autor: Justyna Czekała

Mikołaj szykował – 8

Mikołaj szykował świąteczne prezenty. Pomagały mu inne renifery, bo ja akurat dostałem kataru i Mikołaj stanowczo zakazał mi przebywania w jednym pomieszczeniu z nimi i z prezentami. Całą noc przed wyjazdem spędziłem w szopie na sianie jak ten cymbał ostatni. A mówiła Pani Mikołajowa: nie chodź, Rudolf, boso po podjeździe, bo się przeziębisz! Do tego po katarze nos jakiś taki czerwony mi został. Chyba za karę, żebym następnym razem nie zgrywał cwaniaka.

Autor: Justyna Czekała

Mikołaj szykował – 5

Mikołaj szykował świąteczne prezenty. Pomagały mu asystentki i stażyści, ale wszyscy pracownicy byli w tym okresie zaangażowani jak, nie przymierzając, Anna Wintour przed wrześniowym wydaniem Vogue. Każdy znał swoją działkę i doskonale wykonywał powierzoną sobie pracę, ale nikomu korona nie spadła, kiedy ktoś niższy rangą potrzebował pomocy. Cała ekipa czerpała prawdziwą przyjemność z współtworzenia najwspanialszych niespodzianek roku.

Autor: Justyna Czekała

Światła latarni – 26

Światła latarni odbijały się w kałużach i drobniutkich kropelkach deszczu. Mżawkowy pył skrzył się i mienił wszystkimi kolorami tęczy, podczas gdy taksówkarz wolno krążył między alejami. Nagle spomiędzy drzew wyszła para różowych flamingów i zatrzymała się przed taksówką. Jeden z ptaków skinął kierowcy głową i widząc, że samochód całkiem zwalnia, poprowadził drugiego flaminga do tylnych drzwi. Zanim wsiadły, otrzepały się lekko z deszczu, mrucząc do siebie z cicha. Kiedy już z wdziękiem umościły się w taksówce, poprosiły grzecznie o kurs na Paradę Równości.

Autor: Justyna Czekała

Światła latarni – 23

Światła latarni odbijały się w kałużach i drobniutkich kropelkach deszczu. Mżawkowy pył skrzył się i mienił wszystkimi kolorami tęczy, zwinięte kwiaty kołysały się w trawie, trącane przez spadające krople. Pszczółka Maja przyglądała się moknącej przyrodzie spod wielkiego liścia łopianu, o który krople uderzały coraz częściej. A im bardziej deszcz wzmagał się, tym większą pewność miała pszczółka: niedługo ulewa przejdzie.

Autor: Justyna Czekała

Światła latarni – 20

Światła latarni odbijały się w kałużach i drobniutkich kropelkach deszczu. Mżawkowy pył skrzył się i mienił wszystkimi kolorami tęczy, wirując nad betonem. Piesi pochowali się w kawiarniach i galeriach handlowych, ale w nielicznych pozostałych w mieście parkach, na trawnikach i klombach, ożyła miejska roślinność.

Autor: Justyna Czekała

Światła latarni – 18

Światła latarni odbijały się w kałużach i drobniutkich kropelkach deszczu. Mżawkowy pył skrzył się i mienił wszystkimi kolorami tęczy… Na przystanku tłoczyła się spora grupa ludzi, jakby co najmniej dwa autobusy pod rząd wypadły z kursu. Kiedy już prawie zbliżałem się do przystanku, akurat spóźniony przegubowiec z impetem wtoczył się przed oczekujących, wpadając po drodze w ogromne bajoro przy krawężniku i ochlapując wszystkich wodnistym błotem. Ambitnie postanowiłem ruszyć z pomocą. Nie mając jednak pojęcia, co robić, postanowiłem zaznaczyć, że nieszczęście ochlapanych nie przeszło całkiem niezauważone. Skorzystałem z chwili, kiedy pasażerowie przegubowca próbowali jednocześnie wysiadać i otwierać parasol lub nie dostać cudzym w oko, podszedłem do oczekujących przy drzwiach. Na widok płaszczy i kurtek pokrytych plamami ciemnej brei nie musiałem się nawet specjalnie wczuwać, bo widok ów był naprawdę żałosny. Zauważyłem więc ten fakt na głos, żeby pokazać, jak bardzo przejąłem się ich losem. Chciałem, żeby nikogo ta świadomość bycia zauważonym nie ominęła, toteż odezwałem się dość głośno. I wtedy okazało się, jaka to była banda niewdzięczników. Wszyscy bez wyjątku spojrzeli na mnie w taki sposób, że momentalnie odechciało mi się pomagać komukolwiek. Jak mawia mój sąsiad z dołu – ludzie to jednak są…!

Autor: Justyna Czekała