Przydrożny kamień – 22

Przydrożny kamień przestał liczyć czas. Przestał również rejestrować mijające go konie, wozy, samochody i inne pojazdy… Jeszcze wcześniej przestał zwracać uwagę na przechodzących drogą wędrowców. Ludzie tak szybko przemijają…

Robił jednak wyjątek dla tych, którzy przysiadali na nim, by odpocząć przed dalszą podróżą. Wtedy koncentrował się na tym, by w upale podarować im tyle chłodu, ile tylko miał, a gdy było zimno – oddawał im całe ciepło skumulowane z promieni górskiego słońca.

W ten sposób poznawał różnych ludzi. Jedni opierali się na kamieniu tylko dla równowagi, by poprawić sznurówki i natychmiast biegli dalej. Inni z ulgą opuszczali na niego cały ciężar siebie albo swojego bagażu. Jeszcze inni podchodzili tylko, by okopać kamień butami i oczyścić je z błota. Ale było też wielu podróżnych, którzy doceniali chłód i ciepło kamienia, jego wagę i stabilność. Niektórym jego spłaszczony, łagodny kształt pozwolił pokroić bochen chleba, innym – przepakować plecak. Ktoś przewinął na nim niemowlę, ktoś inny napisał list. Szczeliny, wykruszone lodem i wypłukane deszczem w ciągu lat pod niebem, nie pozwalały wodzie gromadzić się na płaskiej powierzchni kamienia, dlatego pozostawał gładki i gotowy do pomocy przechodniom.

Od kiedy kamień przestał odliczać czas, nie odczuwał już wcale jego upływu. Zajmowało go tkwienie w bezruchu i bycie dla innych, nawet bardzo ruchliwych istot. Nie wiedział, od kiedy tak trwał i nie miało to dla niego żadnego znaczenia. Pewnego zimowego dnia, w jego okolicy z wysokiej góry zeszła lawina i pchnęła kamień ze sobą aż do stawu. Zanim zapadł się w ciemność, zdążył pomyśleć z nadzieją, że ta głęboka czerń pod lustrem wody być może również ma swoje ruchliwe istnienia i swoje kamienie, i on też jakoś się tam odnajdzie.

Autor: Justyna Czekała

Rozległa pustynia – 34

Rozległa pustynia, z wielkimi piaszczystymi wydmami, przybrała głęboką żółto-pomarańczową barwę. Na tle błękitnego nieba wyraźnie odcinała się sylwetka wielbłąda, który właśnie dotarł na sam jej środek, a przynajmniej tak mu się zdawało. Wielbłąd miał za sobą mnóstwo przygód, przypadkowych spotkań, fatamorgan i prawdziwych oaz. I choć teraz widział tylko piasek i błękit, był pewien, że ma już w sobie wszystko, czego potrzebuje. Przystanął w blasku zachodu, czując na języku dziwnie słodki i chłodny smak. Otwarł pyszczek i wypuścił z niego bańkę mydlaną, potem jeszcze jedną, a potem kolejne. Zdziwiony przyglądał się, jak powoli unoszą się przed nim, odbijając jego postać jak barwne lusterka.

Wielbłąd nie wiedział wiele o bańkach mydlanych, ale z całą pewnością mógł stwierdzić, że te nie są zwyczajne. Być może wcale nie były tym, czym się wydawały. Niby unosiły się jak bańki i lśniły jak bańki, ale ciągle rosły, a wnętrza miały zamglone. Wielbłąd przypatrywał się w skupieniu; im dłużej te nie-bańki wisiały w powietrzu, tym bardziej zmieniały formę z obłej na kanciastą i stawały się coraz bardziej przejrzyste. Wreszcie zmieniły się w czyste kryształy i teraz odbijały promienie słońca ze zwielokrotnioną mocą.

Nie zastanawiając się, co robi, wielbłąd narysował wokół siebie kopytkiem szeroki okrąg, a kryształy ułożyły się nad piaskiem wzdłuż wyznaczonego kształtu. Czuł ich przyjemny chłód, a kiedy zaczęły się powoli obracać wokół własnych osi, wywołały lekki ruch powietrza, jakiego wielbłąd od dawna nie czuł w gęstym upale. Sprawiło mu to niewypowiedzianą ulgę. Jednocześnie poczuł, jak bardzo doskwiera mu już pragnienie i właśnie wtedy na końcach kryształów zalśniła skroplona woda. Oczy wdzięcznego wielbłąda zalśniły również.

Wiele lat później, kiedy kostki wielbłąda i jego późniejszych towarzyszy zbielały już dawno i rozsypały się w proch, a wiatr pojawił się wreszcie i zabrał wielbłądzi pył ze sobą, kryształowy krąg ciągle wisiał nad pustynią, dając wędrowcom schronienie i pozwalał uzupełnić zapasy wody, jak wisząca studnia. Wokół narysowanego dawno temu okręgu wyrosły odporne na pogodę rośliny, których kolorowe owoce o słodkim miąższu wbrew legendom nie odurzały, ale przywracały siły i poprawiały wzrok.

Autor: Justyna Czekała

Poranek obudził się – 17

Poranek obudził się i leniwie przeciągnął. Otworzył oczy i poczuł, że znów jest właściwy dzień na tworzenie. Niewiele myśląc, zamalował całe niebo stalowoszarą akwarelką. Papier nasiąkał szybko, a Poranek ziewał z zadowoleniem, dopóki przypadkiem nie strącił kubełka z wodą. Rozwodniona szarość natychmiast rozlała się aż po horyzont i zaczęła strużkami spływać w dół. Poranek parsknął śmiechem i zabrał się za parzenie kawy. W międzyczasie akwarela przeschła, więc kiedy usiadł znów przy oknie, zamoczył nowy pędzelek w kawie i coraz bardziej zdecydowanie markował kształty na stalowoszarym tle. Z niewyraźnych plam stopniowo pojawiały się zaorane pola z drobnymi skibami ziemi tonącymi w deszczu. Miękko zarysowany krajobraz niósł obietnicę wiosny, życia i przebudzenia. Poranek odłożył pędzelki i wybrał się na poszukiwanie odpowiednich tonów świeżej zieleni do dalszej pracy.

Autor: Justyna Czekała

Kiedyś dawno dawno temu – 55

Kiedyś, dawno, dawno temu, pewnej zimowej nocy urodził się mały chłopczyk. Mama przytuliła go z miłością, a Tata patrzył na niego kochającym wzrokiem i z nadzieją w sercu… Jak wszyscy rodzice, oboje byli przekonani, że ich dziecko jest wyjątkowe i gdy dorośnie, na pewno wiele zmieni. Chłopiec rozglądał się tylko wokół, jakby widział świat po raz pierwszy.

A był już wszystkim. Zanim został chłopcem, był już człowiekiem, zwierzęciem i rośliną. Był już wszystkimi organizmami i każdym żywiołem. Jego ciałko stanowiło mieszaninę cząstek wszystkiego, co do tej pory istniało. Atomy żelaza w jego krwi pochodziły z reakcji wewnątrz gwiazd – z procesów, które zaczęły się tuż po Wielkim Wybuchu. Energia dosłownie stara jak świat zmieniała postać niezliczoną ilość razy, by teraz wcielić się w chłopca.

Nie było to nic wyjątkowego; wszystkie stworzenia zawierały w sobie całe wszechświaty. Nie wszystkie jednak były tego świadome. Chłopiec również nie wiedział – miał zauważyć tę jedność trzy dekady później. I właśnie to głębokie poczucie nierozdzielności jego samego i wszystkiego wokół miało zmienić najwięcej.

Autor: Justyna Czekała