Światła latarni – 18

Światła latarni odbijały się w kałużach i drobniutkich kropelkach deszczu. Mżawkowy pył skrzył się i mienił wszystkimi kolorami tęczy… Na przystanku tłoczyła się spora grupa ludzi, jakby co najmniej dwa autobusy pod rząd wypadły z kursu. Kiedy już prawie zbliżałem się do przystanku, akurat spóźniony przegubowiec z impetem wtoczył się przed oczekujących, wpadając po drodze w ogromne bajoro przy krawężniku i ochlapując wszystkich wodnistym błotem. Ambitnie postanowiłem ruszyć z pomocą. Nie mając jednak pojęcia, co robić, postanowiłem zaznaczyć, że nieszczęście ochlapanych nie przeszło całkiem niezauważone. Skorzystałem z chwili, kiedy pasażerowie przegubowca próbowali jednocześnie wysiadać i otwierać parasol lub nie dostać cudzym w oko, podszedłem do oczekujących przy drzwiach. Na widok płaszczy i kurtek pokrytych plamami ciemnej brei nie musiałem się nawet specjalnie wczuwać, bo widok ów był naprawdę żałosny. Zauważyłem więc ten fakt na głos, żeby pokazać, jak bardzo przejąłem się ich losem. Chciałem, żeby nikogo ta świadomość bycia zauważonym nie ominęła, toteż odezwałem się dość głośno. I wtedy okazało się, jaka to była banda niewdzięczników. Wszyscy bez wyjątku spojrzeli na mnie w taki sposób, że momentalnie odechciało mi się pomagać komukolwiek. Jak mawia mój sąsiad z dołu – ludzie to jednak są…!

Autor: Justyna Czekała