Stary archiwista kończył pracę i uważnie rozejrzał się po całym pomieszczeniu. Jego uwagę przyciągnęło migotanie czerwonego światełka na jednej ze ścian. Podszedł bliżej i zobaczył przycisk, którego wcześniej tam nie było. Zaciekawiony wcisnął go. Ściana rozsunęła się. Za nią były nieznane mu, lekko uchylone drzwi. Otworzył je szerzej i zobaczył wykute w skale schody. Wiodły w dół i wielokrotnie zakręcały. Gdzieniegdzie w kamiennej ścianie pojawiały się wąskie pionowe szczeliny, przez które, nie wiadomo skąd, wpadało światło o ciepłej barwie ognia. Cienkie smużki nie rozświetlały korytarza, ale pozwalały poruszać się w ciemnościach.
Wiedziony chłopięcym pragnieniem przygody, archiwista schodził po stopniach coraz dalej i głębiej, aż otwarła się przed nim ogromna podziemna przestrzeń wypełniona chłodnym powietrzem i pulsującym blaskiem z samego jej centrum. Najpierw zatrzymał się i zasłonił oczy, ale kiedy tylko wzrok przyzwyczaił się trochę do jasności, archiwista rozejrzał się wokół.
Oślepiające światło emitował drobny przedmiot unoszący się nad rzeźbionym w kamieniu postumentem. Sen archiwisty o byciu Indianą Jonesem spełniał się, gdy powoli zbliżał się do centrum groty, mrużąc oczy przed niesamowitą światłością. Wreszcie zobaczył jej źródło w całej okazałości. Nad skalnym postumentem lewitował szczerozłoty zszywacz do papieru.
Wtedy archiwista zbudził się z drzemki przy biurku. Natychmiast zasłonił oczy przed złotym blaskiem. Kula zachodzącego słońca wynurzała się zza chmur i świeciła mu przez okno wprost na twarz.
Autor: Justyna Czekała